Kolejna bardzo wczesna wskazówka, że Iga zapewne jest, bądź niebawem będzie alergiczką to kolor i konsystencja kupek naszego niemowlaczka – często były one zielone i śluzowate. Przez dwa miesiące towarzyszyły im ostre, czasami godzinami trwające kolki. Nie mogliśmy patrzeć, jak Igusia godzinami zanosi się od płaczu, bywało, że z niemocy płakałam razem z nią. Upewnialiśmy się u różnych lekarzy oraz poprzez badanie USG jamy brzusznej, że powód jej wielkiego cierpienia nie wynika z żadnych poważnych zaburzeń zdrowotnych. Potem doszły suche plamy na buzi, zgięciach łokci, pod kolanami, na wierzchach dłoni.
Doktor pediatra, fachowiec o ogromnej wiedzy, którą darzymy pełnym zaufaniem, sugerowała nam wstrzymanie się z jakąkolwiek ingerencją medyczną tak długo, jak tylko to będzie możliwe i pocieszała, że jest duże prawdopodobieństwo, że organizm naszej córeczki zwalczy początki alergii i minie ona bez śladu, nim się w pełni rozwinęła. Rzeczywiście, niepokojące objawy czasami ulegały stłumieniu na całe tygodnie, stan skóry falowo to poprawiał się (dając nam nadzieję, że problem za nami) to, ku naszemu zmartwieniu, nagle się pogarszał. Obserwując dietę Igusi (wielkiego niejadka, co przysporzyło mi w pierwszych dwóch latach jej życia wielu nowych siwych włosów) z dużym prawdopodobieństwem podejrzewaliśmy alergię na mleko i produkty mleczne. Czasem na długie tygodnie odstawialiśmy nabiał całkowicie, potem stopniowo włączaliśmy jogurty i serki, przez dłuższy czas było w porządku i nagle następował wysyp plam i podrażnień na jej ciele i niemal ran na wierzchach dłoni.