Mam prawie trzydzieści trzy lata, mieszkam w drewnianym domu na obrzeżach Puszczy Białej, jestem żoną Rafała oraz matką dwóch cudownych malutkich dziewczynek. Jeszcze kilka miesięcy temu nie przyszłoby mi do głowy, że swój blog będę musiała rozpocząć następującymi słowami: „Wszystko wskazuje na to, że jestem matką malutkiej astmatyczki”.
Igusia, która według wszelkich wskaźników najprawdopodobniej już od kilku miesięcy mierzy się z tą chorobą, ma obecnie 3 lata i 7 miesięcy. Jej siostra, Polcia, za kilkanaście dni skończy pół roku. Będę tu spisywać moje doświadczenia, emocje, myśli i kolejne dni naszego życia, w którym, nie pytając nikogo o zgodę, rozpanoszyła się przewlekła, być może nieuleczalna choroba ukochanego dziecka. Przypuszczam, że większość ludzi, którzy nie stykają się osobiście z problemem astmy nie ma pojęcia, jak ogromnie jest ona uciążliwa, jak bardzo może być przerażająca i jak wiele zmienia w życiu całej rodziny... Myślę również, że większość z nas, rodziców małych alergików i astmatyków zastanawia się, jak wcisnąć jakieś okruszki „normalnego” życia pomiędzy kolejne dawki leków, namnażające się infekcje oraz wizyty u specjalistów.
U nas zaczęło się z pozoru niewinnie: Iga, jako niemowlak bardzo dużo kichała. Nie miała przy tym kataru, żadnego wycieku z noska. Ot, kichnięcia, tak jakby organizm chciał oczyścić śluzówkę. Tyle tylko, że zdrowe niemowlę kicha kilka razy dziennie, zaś Igusia potrafiła kichnąć i trzydzieści razy. Lekarze ignorowali ten fakt, mówili, że to zwykła fizjologia i radzili, żeby się nie przejmować.