Kiedy musiałam smarować chore ciałko córeczki, klęcząc przed nią i patrząc na rozległe i głębokie rany, z całych sił starałam się przy niej nie szlochać, by nie potęgować jej płaczu i strachu. Czasem biłam dosłownie głową w podłogę, tak niewyobrażalne i nie do udźwignięcia dla mnie było jej cierpienie i to, na jaką skalę potęgowaliśmy je, smarując wrzody piekącym lekarstwem. A przecież musieliśmy to robić – dla jej dobra.
Już po zakończeniu leczenia naszej córki Rafał zaciął się przy goleniu w skrzydełko nosa i postanowił zdezynfekować rankę używając odrobiny tego leku, którym nasączaliśmy liszaje Igusi. Wrzasnął, gdy tylko preparat dotknął skaleczenia, przybiegł do mnie i powiedział, że to cholerstwo pali jak żywy ogień, że boli strasznie i że gdyby wiedział, jakie cierpienia tym zadaje, nigdy by nie zastosował tego leku na swoim dziecku.
Iga jest wspaniała. Najdzielniejsze nasze biedactwo. Wyła przy smarowaniu, dostawała dosłownie drgawek z bólu, ale pozwalała nam odkażać wrzody ciągle i ciągle na nowo – trzy razy dziennie, przez prawie tydzień. Najdłuższy tydzień w życiu naszej trójki. Po konsultacji z lekarką w końcu odstawiliśmy ten lek. Pozostał już tylko antybiotyk doustny oraz ten w maści, którym nadal smarowaliśmy rany. Był on jednak delikatny, a jego nakładanie nie szczypało i przynosiło ulgę, choć Igusia ze strachu płakała przy każdej aplikacji.