Iga przechodziła liszajec, gdy byłam w 6 miesiącu ciąży z Polcią. Pielęgnując ją i patrząc bezradnie na jej nieopisywalne cierpienie miałam ze stresu takie skurcze w dole brzucha, że obawiałam się, że poronię. Ginekolog przepisał mi leki uspokajające.
Od dermatolog wróciliśmy z wreszcie prawidłowym rozpoznaniem, które konsultowaliśmy w kolejnych dniach u innego, warszawskiego specjalisty. Potwierdził on zarówno diagnozę, jak i zalecony sposób leczenia. Z pięciodniowym poślizgiem zaczęliśmy w końcu właściwe leczenie bardzo już zaawansowanej choroby. Wrzody, zajmujące cały bok, rękę i prawą połowę pleców bardzo bolały Igusię – szczególnie przy dotyku. A my musieliśmy te rany, jedna po drugiej przecierać gazikiem namoczonym w odkażającym preparacie. Ten zabieg trwał długie minuty i sprawiał Malutkiej cierpienie nie do wytrzymania i nie do opisania. Iga wyła, krzyczała, szlochała, siusiała z przerażenia, po każdym zabiegu przez 40 minut miała z bólu niekontrolowane ruchy spastyczne mięśni rąk i nóg. Marzła przy tym ogromnie i po każdym zabiegu, pomimo panującego na dworze upału, musieliśmy ubierać ją w dresy i swetry. Pomiędzy zabiegami usiłowała się czasem bawić, ale przychodziło jej to z wielką trudnością. Chodziła ostrożnie, z rączką odwiedzioną w bok, jakby miała ją unieruchomioną na temblaku. Była obolała, a my czuliśmy tylko rozpacz.