Następnego rana, w sobotę Iga miała bok cały w pęcherzach, wrzodziejących ranach, strupach, bąblach wypełnionych płynem i liszajach. Choroba rozniosła się również na plecy, przedramię, pierś i w niewielkim stopniu na twarz. Konsultowaliśmy ją z trzema kolejnymi lekarzami, przesyłając im zdjęcia zainfekowanego ciała naszej córeczki. Diagnoza była zgodna – wszyscy sądzili, że Igusia przechodzi ospę z odczynem alergicznym. My zastanawialiśmy się nad zakażeniem bakteryjnym lub nad grzybicą, a znajomi lekarze uspokajali nas. To ospa. Zalewaliśmy rany Igi gencjaną i patrzyliśmy bezradnie, jak nasza super dzielna, wspaniała i jak zawsze przy chorobie bardzo grzeczna córka okropnie się męczy. Jako, że próbowałam gencjanę nakładać wacikiem, licząc, że się nie rozchlapie, byłam nią wymazana po łokcie, nie wyłączając krzeseł i stołu. Wrzodziejące rany bardzo Igę bolały, a smarowanie ich gencjaną było dla nas wszystkich udręką. Trwała pełnia lata, 35 stopni C w cieniu. Upał i wilgoć potęgowały u Igi odczucie swędzenia i pieczenia. Nie mogła spać w nocy, przez co wszyscy z dnia na dzień byliśmy coraz bardziej niewyspani. Mała nadal nie gorączkowała, a lekarzom nie dawało to niestety do myślenia. Nikt nie zastanawiał się nad trafnością diagnozy (prócz nas oczywiście, my myśleliśmy nad tym bez przerwy). Doktorzy cieszyli się tylko, że Niunia nie ma temperatury, która by ją dodatkowo osłabiła. Podawali witaminy, lek przeciwwirusowy, leki przeciwbólowe, antyhistaminowe, by zmniejszyć reakcję alergiczną. Tak doczekaliśmy do poniedziałku, kiedy to z samego rana, niemal cudem udało mi się zapisać na wizytę do bardzo dobrego dermatologa.