Kiedy Iga miała dwa i pół roku, w upalne lato zachorowała na niezwykle ostrą i bardzo agresywną w swych objawach formę liszajca pęcherzowego zakaźnego. Zaczęło się w środę, od strupka wielkości dziesięciogroszówki, który pojawił się na prawym boczku. Rafał zauważył go podczas kąpieli. Następnego dnia posmarowałam strupek maścią z alantoiną, by przyspieszyć jego gojenie. Kiedy rozbierałam córcię wieczorem w piątek, takich strupów i lekko sączących się ranek miała już na boczku kilkanaście. Przeraziłam się, zapakowałam do samochodu Igę oraz moją przyjaciółkę z małą córeczką, które akurat nas odwiedziły i miały zostać na noc, i pojechałam na ostry dyżur do szpitala w pobliskim mieście. Ręce mi się trzęsły ze zdenerwowania, bo zmiany na skórze Igi były w moim odczuciu naprawdę bardzo brzydkie. Na miejscu znużony internista obejrzał strupy i stwierdził, że mała ma na 90% ospę, a te strupy są takie duże, płaskie i rozlane, bo posmarowałam ją tłustą maścią więc to się wszystko zaparzyło i rozlało. Z jednoczesnym poczuciem winy (że przez ignorancję rozbabrałam dziecku ospowe krostki) i ulgi (że to tylko zwykła choroba wieku dziecięcego i że nie zarazimy niczym moich gości, gdyż obie wcześniej ospę przechodziły), pojechałam do apteki po preparat na zasuszanie zmian. W domu posmarowałam tym Igusię, którą ranki najwyraźniej pobolewały, była osowiała i nieswoja, jednak nie gorączkowała – a ospa zazwyczaj rozpoczyna się gorączką. Pewna, że za kilka dni problem minie bez śladu, położyłam całe towarzystwo spać.